21 lut 2009

Skazany na sukces czy na łaskę Boga? (Mk 2,1-12)

Próbuje wyobrazić sobie tego paralityka z Ewangelii, którego niosło czterech. Nie wypowiedział żadnego słowa. Nie wiemy, co przeżywał, czy pogodził się z chorobą, a może się buntował? Nawet trudno stwierdzić, czy on sam pragnął spotkać Chrystusa, czy w ogóle wierzył w swoje uzdrowienie?
Spotkałem w życiu kilka sparaliżowanych osób. Jedną z nich szczególnie zapamiętałem. To młody mężczyzna. Wracał z kolegami samochodem. Był nietrzeźwy i spowodował wypadek. Kolegom nic się nie stało, a on miał rozległe uszkodzenie rdzenia kręgowego (tetraplegia - paraliż czterokończynowy). Po kilku miesiącach spędzonych w szpitalu dowiedział się, że odeszła od niego żona. Został sam, przykuty do łóżka i opuszczony przez najbliższych. Wtedy – jak sam mi opowiadał – po raz pierwszy od wielu lat zaczął szukać pomocy u Boga. Zdecydował się na spowiedź i powierzył swoje życie Chrystusowi. W ten sposób odnalazł siłę, by zgodzić się na swój krzyż i przebaczyć żonie, która go zostawiła. Poruszony świadectwem jego wiary, zastanawiałem się, kto jest bardziej sparaliżowany: ten, który leży przykuty do łoża boleści, «skazany na pomoc innych», czy ten, kto ciągle «skazuje siebie na sukces» i biegnie zdesperowany w poszukiwaniu sławy, pieniędzy, uznania innych? Przykuty do łóżka mężczyzna, który zawierzył swój krzyż Chrystusowi, przekonał mnie, że serce wypełnione Bogiem nigdy nie zostanie sparaliżowane.
Lecz ty, Jakubie, nie wzywałeś Mnie, bo się Mną znudziłeś (Iz 43,22; por. Iz 57,10-11). Te słowa proroka Izajasza są dla mnie wyrzutem sumienia. Przypominają mi, że gdy Bóg przestaje być najważniejszy w moim życiu, moje serce zaczyna być sparaliżowane. Co z tego, że chodzę i załatwiam tysiące ważnych spraw, gdy staje się duchowym tetraplegikiem.
Podziwiam tych czterech, którzy pokonali wszelkie przeszkody i przynieśli sparaliżowanego człowieka przed oblicze Jezusa. To ich wiara wzruszyła serce Zbawiciela. Paralityk wstał i zaczął chodzić. Grecki czasownik „wstać” (egeiro) wyraża też zmartwychwstanie (por. Łk 8,24; J 5,21; Dz 26,8). Paralityk, któremu Pan odpuścił grzechy nie tylko wstał z łoża boleści, on zaczął nowe życie – zmartwychwstał. Kto ma takich «czterech» przyjaciół nawet, gdy sam nie będzie miał siły, aby się poruszać, modlić i wierzyć, wtedy wiara tych «czterech» okaże się niezbędna, by wzruszyć serce Boga.
Wierzę również, że Jezus patrząc na paralityka zobaczył samego siebie. Jest jakiś paradoks w tej scenie. Z jednej strony Zbawiciel cały czas zmierza w kierunku Jerozolimy, by dać się unieruchomić na krzyżu, by stać się «paralitykiem» całkowicie skazanym na wolę Ojca i moc Ducha objawioną w zmartwychwstaniu. Z drugiej strony, każdy paralityk, który nie potrafi już dalej iść przez życie zostaje «poruszony» Jego miłością.

4 komentarze:

Grzesiek pisze...

Dziękuję za te słowa. Dzieki Bogu Ewangelia jest pełna paradoksów. Serce to najważniejszy narząd, jeśli ono bedzi esparaliżowane, jeśli człowiek nie potrafi kochać...żaden paraliż nie jest gorszy. Na szczeście Jezus pochyla sie również nad paraliżem mojego serca...że się nie brzydzi.

Mateusz pisze...

Czlowiek przez grzech moze sie doprowadzic do roznych rodzajow paralizu. Moze stracic wrazliwosc na na milosc Boga, na przyjazn czlowieka, na szacunek do samego siebie. Czasami Bog uzdrawia nasze serce w najprostszy sposob: stawia ludzi, ktorzy potrafja "zniesc" nasze sparalizowane myslenie i zachowanie, a nastepnie maja wiare i odwage, by "zaniesc" nas do Jezusa, przedzierajac sie czesto przez zdziwiony tlum gapiow.
Pozdrawiam Cie, Grzesiek! Mysle ze juz w wakacje na stale powroce do Polski to sie jakos spotkamy

joasmok pisze...

myślałam dzisiaj o tym samym, co piszesz w komentarzu... o wierze tych ludzi, którzy zanieśli...

Mateusz pisze...

Chyba ciagle za malo doceniamy "wiare" naszych przyjaciol, bliskich, znajomych. Przekonalem sie na wlasnej skorze, jak pomocna sie okazala w kilku trudnych momentach modlitwa "wstawiennicza" innych osob. Tych czterech co niosa paralityka do Jezusa to nie tylko obraz prawdziwych przyjaciol ale ideal wspolnoty, ktorzy w pewnym sensie "nie pozwola Judaszowi uciec z wieczernika"