30 sie 2008

Myśleć jak Bóg (Mt 16,21-27)

Jezu, rozpoznałem i uwierzyłem: «Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego»
- „Cieszę się, Piotrze, że nie radziłeś się ciała i krwi, ale mojego Ojca, który ci to objawił… na tobie zbuduje mój Kościół a bramy piekielne go nie przemogą… ale najpierw wiele będę cierpiał i zostanę zabity…”
- „Panie, nawet tak nie myśl, przecież Bóg Cię obroni i pokona Twoich nieprzyjaciół…”
- „Zejdź mi z oczu, szatanie… myślisz tylko po ludzku”
Ten krótki dialog Piotra z Jezusem pokazuje dwa sposoby myślenia… Piotr myśli logicznie… skoro jego Mistrz jest obiecanym Mesjaszem nie może umrzeć na krzyżu jak pospolity złoczyńca… Bóg musi stanąć w obronie swego ukochanego Syna, „jest przecież napisane: Aniołom swoim rozkaże o tobie, a na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień” (Mt 4,3)…
- «Jeżeli tak myślisz, zejdź mi z oczu, szatanie!»… «kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje» (Mt 16,24)…
Dlaczego Jezus używa takich ostrych słów wobec swojego ucznia, któremu dopiero co powierzył „władzę kluczy”? Odpowiedź jest prosta. Chrystus nigdy się nie zgodzi, aby człowiek sądził, że zna lepiej „myślenie Boga” od samego… Boga.
Krzyż – „najgłupszy po ludzku” sposób odkupienia świata staje się „mądrością Boga” i znakiem największej Jego miłości (1Kor 1,23-25)… Szkoda, że tak mało ludzi szuka „mądrości krzyża”, nie dostrzegając w sobie i innych podobieństwa do ukrzyżowanego Pana. Wystarczy popatrzeć dookoła siebie… Kobieta miesiącami opłakująca swojego męża ma żal do Boga, że zabrał go za wcześnie, bo przecież u jej boku mąż miałby lepiej niż… w niebie. Matka wychowująca syna narkomana, zostawia pracę, męża i szuka swoje dziecko po ulicach miasta, bo nikt nie zatroszczy się o syna tak dobrze, jak ona… Rada Piotra „niech Bóg broni cię przed krzyżem i cierpieniem” jest diabelską pokusą, by bardziej ufać sobie niż Bogu…
Na szczęście w świecie, w którym wszyscy ludzie chodzą „do przodu” (po trupach do celu, walczą o swoją godność, dążą do sukcesu, używają siły pieniądza, władzy itp.)… pojawił się Człowiek, który zaczął chodzić „do tyłu” (zamiast w pałacu narodził się w ubogiej stajni, za swoich przyjaciół wybrał dwunastu prostych mężczyzn, dobrze się czuł wśród biednych, chorych i pokrzywdzonych, kochał nieprzyjaciół, wreszcie umarł na krzyżu jak złoczyńca, a po trzech dniach zmartwychwstał)… ten Człowiek udowodnił, że można tak żyć – „chodząc do tyłu”, czyli rezygnując ze swojego „ja”, podejmując codzienny krzyż i krocząc Jego śladami…
Jestem przekonany, że rodzina czy jakakolwiek inna wspólnota będzie się rozpadać, gdy zabraknie przynajmniej jednej osoby, która miałaby „myślenie Chrystusa” i potrafiłaby zatrzymać zło na sobie…
Maryjo, dziękuję Ci, że nie chroniłaś swego Syna przed cierpieniem… dziękuję, że zgodziłaś się na krzyż Syna i swój… dziękuję, że patrząc w oczy śmierci nie panikowałaś i nie miałaś pretensji ani do Boga ani do ludzi… Naucz nas odnaleźć życie w krzyżu Jezusa, abyśmy mieli tego samego Ducha i poznali miłość Ojca w przebitym sercu Zbawiciela... Tylko wtedy świat zobaczy, że „już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus… który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie” (Gal 2,20)

23 sie 2008

Wyznać, uwierzyć i pokochać Jezusa Mesjasza (Mt 16,13-20)

Najpierw mały sondaż: „Co myślą o Mnie ludzie?”
Jedni uważają Cię za Eliasza…jak słuchają Twych kazań i przypowieści, podziwiają Twoją odwagę, łatwość nawiązywania kontaktu ze słuchaczami, prawdomówność, ważność poruszanych tematów… Ci ludzie chętnie zaproszą Cię na obiad, obdarzą uśmiechem, oklaskami, zaśpiewają „Hosanna”…
Inni uważają, że jesteś nowym Janem Chrzcicielem… przychodzą do Ciebie, bo chcą być ochrzczeni… Wiedzą, że jesteś najszybszą karetką pogotowia… jak będą w potrzebie zadzwonią po ratunek i zostaną ocaleni… nawet podziękują za powrót do zdrowia, uwolnienie z nałogu, za spokój w rodzinie…
Jeszcze inni, patrząc na Twoje cierpienia myślą, że jesteś Jeremiaszem albo jednym z proroków… przychodzą, aby Ci współczuć… zapłakać nad sobą, ponarzekać na zło świata… poprosić o lżejszy krzyż…
- „A wy, uczniowie, za kogo Mnie uważacie?”
My kochamy papieża… i powtarzamy za Piotrem: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”… Doszliśmy w tym do perfekcji… usta same śpiewają w każdej Mszy św.: „Wierzę w Jezusa Chrystusa, Syna Bożego jednorodzonego, Pana naszego…” Z łatwością to wyznajemy w Kościele czy przy wieczornym pacierzu… gdy nam nic nie zagraża…
Czy takie wspólne „Credo” satysfakcjonuje Boga? Nie wystarczy powtórzyć za papieżem, katechetą czy rodzicami: «Jezus jest Mesjaszem»… Zmartwychwstały Pan oczekuje osobistej odpowiedzi: „Za kogo ty Mnie uważasz? Czy kochasz Mnie?” (zob. J 21,17)…
Tak często słyszę to pytanie, że odpowiedź znam na pamięć… Nie umiałbym policzyć ile razy w moim życiu – prywatnie i publicznie – wyznawałem: «Jezu jesteś moim jedynym Panem»… To nic nie kosztowało… piękny nastrój, śpiew, dookoła uśmiechnięte twarze, wtedy tak łatwo powiedzieć: „Panie, z Tobą gotów jestem iść nawet do więzienia i na śmierć” (Łk 22,33)… ale kilka lat temu podczas „Przystanku Jezus” spotkałem człowieka, który wyszedł z więzienia… Trzymał w ręku duży nóż… Szukał swoich kolegów, z którymi kradł samochody… chciał się na nich zemścić, ponieważ go zdradzili i cała winę zrzucili na niego… Powiedziałem mu: „Jezus może zmienić twoje życie… tylko oddaj Jemu swoje serce i ogłoś jedynym Panem i Zbawicielem” (por. Rz 10,9)… Skoro On nadał nowy sens mojemu życiu poradzi sobie i z twoim”… Wtedy poczułem nóż na gardle i usłyszałem zdanie, którego nie zapomnę chyba do końca życia: „Wiele razy zostałem oszukany… moi najlepsi kumple zdradzili mnie… przez nich skazano mnie na pięć lat więzienia… jeżeli mnie okłamałeś to cię zabiję”… Pierwszy raz w życiu, drżącym głosem, prosiłem kogoś, by powtarzał za mną słowa modlitwy zawierzenia i oddania życia Jezusowi… „Jezu jesteś moim jedynym Panem”… Nie zabił mnie, odłożył nóż, przestał szukać zemsty na kolegach, Bóg zamieszkał w jego sercu. Minęło kilka lat a wciąż słyszę echo tamtej modlitwy…
Życzę Ci podobnego doświadczenia… by ktoś, kto stracił wiarę w człowieka położył Ci „nóż na gardle” i powiedział: „jeżeli przekonujesz mnie do oddania życia Jezusowi, a to co mówisz okaże się kłamstwem… zabiję Cię”… albo byś sam znalazł się w „wiezieniu bez wyjścia”, jak św. Paweł… i doświadczył na własnej skórze, co znaczy być chrześcijaninem i wyznać, że «Jezus jest Mesjaszem»… „Wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa” (Flp 3,8)… Po takich albo podobnych „przejściach” Twoje wyznanie wiary na niedzielnej Eucharystii nie będzie już nigdy monotonnym i bezdusznym powtarzaniem wyuczonych formułek… a ten kto stracił wiarę w człowieka, słuchając Ciebie i patrząc na Twoje życie, zacznie szukać Boga…

16 sie 2008

Błogosławiony krzyk i podwójne uzdrowienie (Mt 15,21-28)

Feministki mogą poczuć się urażone… gdy Piotr zaczął tonąć wystarczył jeden okrzyk „Panie, ratuj”, a Jezus natychmiast usłyszał jego wołanie, wyciągnął rękę i uratował go. W przypadku kobiety kananejskiej reakcja Jezusa była zupełnie inna. Musiała wołać dość długo i ze wszystkich sił, upaść do Jego stóp, przeżyć upokorzenie… a On wydawał się być „głuchy” i obojętny na jej cierpienie… Apostołowie nie mogli już wytrzymać krzyku Kananejki. Chciałbym to zobaczyć – dwunastu silnych mężczyzn przerażonych wołaniem jednej kobiety… Czyżby Zbawiciel miał wzgląd na ludzi? Czyżby swoich uczniów traktował „po znajomości” i ekspresowo wysłuchiwał ich próśb, a na obcych i „nie obrzezanych” patrzył z „pogardą” jak poprawny faryzeusz?... Chyba nikt nie ma wątpliwości, że taki obraz Jezusa nie istnieje (najwyżej pojawia się w człowieku, który wyrywa słowa z kontekstu i szuka pretekstu dla swojej niewiary)… Ewangelia objawia obraz Chrystusa miłosiernego i dobrego Pasterza… Dla Niego wszyscy ludzie są równi, choć każdy jest jedyny i niepowtarzalny. Każdą spotkaną osobę, Zbawiciel traktuje indywidualnie i z miłością, przekraczając utarte schematy kulturowe i społeczne.

Krótkie spotkanie z Kananejką rodzi kilka pytań: jaka była przyczyna opętania jej córki? Gdzie był mąż tej kobiety? Co robił, aby ratować dziecko? Dlaczego kobieta tak długo musiała wołać, upokarzając się przed Jezusem i apostołami? Dlaczego Zbawiciel nie kazał przyprowadzić jej córki, aby osobiście odprawić egzorcyzm i wyrzucić złego ducha?... A może to kobieta-matka była bardziej chora niż córka? Może po raz pierwszy w życiu zdobyła się na odwagę, by „wykrzyczeć” cały ból… przed Bogiem… Może nie układało jej się w małżeństwie i gdy jeszcze straciła kontakt z ukochaną córką, poczuła się jak bezdomny pies, niepotrzebny nikomu?… Nawet gdy większość tych pytań pozostanie bez odpowiedzi, jedno jest pewne: bezgraniczne zaufanie Jezusowi sprawiło, że córka Kananejki została uwolniona od złego ducha… gdzie rodzice są „zdrowi”, tam dzieci nie chorują…

Wierzę, że Jezus w krzyku kobiety kananejskiej usłyszał swój własny krzyk… z krzyża (por. Mt 27,50) oraz krzyk wszystkich chorych, zniewolonych, poranionych, prześladowanych… (por. Mt 14,26; 20,30; Mk 5,5; Dz 7,60; Gal 4,6; Ap 12,2)

Kiedy rozmyślam nad postawą tej kobiety – poganki, zawstydza mnie jej wiara. Wystarczył mały okruch chleba, a jej życie nabrało blasku… „Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów”. -„Niech ci się stanie jak chcesz. Twoja córka jest zdrowa”. Skoro jeden okruch ze stołu Pana ma taką moc, to co kryje w sobie cały chleb-Eucharystia?... Niedawno spotkałem kobietę, która nie może przystępować do komunii św., ponieważ żyje w konkubinacie… Karmi się okruchami, które spadają z ołtarza: Słowem Bożym i Eucharystią bez komunii św. Dawno nie widziałem, aby ktoś tak pragnął karmić się Ciałem Jezusa jak ona… Inna kobieta, protestantka, wyznała: „gdybym wierzyła, że Jezus jest obecny w Najświętszym Sakramencie, wchodziłabym na kolanach do Kościoła”.
Ci, którzy doświadczyli głodu znają wartość chleba
Ci, którzy poznali odtrącenie znają smak miłości
Ci, którzy przeszli przez śmierć poznali smak życia…
Panie, spraw, bym łamiąc Chleb widział każdą Kananejkę, która szuka okruchów Twojej miłości…

9 sie 2008

Trzej muszkieterowie: prorok, rybak i faryzeusz

Kiedy zastanawiam się, co łączy Eliasza, Pawła i Piotra przypomina mi się historia… trzech muszkieterów – Atosa, Portosa, Aramisa i d’Artagnana – ze słynnej powieści Aleksandra Dumasa. Młody d’Artagnan ma w życiu jedno pragnienie: zostać muszkieterem na dworze królewskim. W tym celu opuszcza rodzinny dom i po licznych perypetiach udaje mu się wstąpić do elitarnej formacji muszkieterów… Jako młody chłopak fascynowałem się bohaterskimi wyczynami d’Artagnana i jego trzech przyjaciół… Chciałem być do niego podobny… Nie przypuszczałem, że będę mógł przeżyć o wiele piękniejszą przygodę, pobierając nauki w walce mieczem Słowa od trzech największych muszkieterów - Eliasza, Pawła i Piotra.
1) Szkoła Eliasza: odnaleźć w zniszczeniu chwałę Boga (1Krl 19,9-13)
Eliasz na początku swojej działalności odnosi same sukcesy. Na jego słowo niebo się otwiera i po długiej suszy deszcz spada na ziemię. Wdowie z Sarepty nie brakuje mąki na chleb, a gdy jej syn umiera, Eliasz ma moc, aby go wskrzesić. W swojej gorliwości o Boże prawo zabija wszystkich proroków Baala i Aszery… Wydawało się, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych… jednak pasmo jego zwycięstw przerywa kobieta… Izebel, która postanawia go zgładzić. Wtedy wielki prorok ze strachu ucieka na pustynię… tam przeżywa załamanie nerwowe i prosi Boga o śmierć (por. 1Krl 19,2-4)… W odpowiedzi Bóg posyła anioła, a ten daje mu kopniaka i każe wejść na górę Horeb, co po hebrajsku oznacza «zniszczenie». Dopiero na górze Horeb, prorok wchodzi w „zniszczenie” i doświadcza najpiękniejszej chwały Boga… Dzięki temu może stać się prorokiem-ojcem dla Elizeusza… dla ciebie i dla mnie… prowadząc drugiego tam, gdzie sam doszedł.
2) Szkoła Pawła: dla zbawienia braci mogę zostać przeklęty (Rz 9,1-5)
Św. Paweł ma wiele wspólnego z Eliaszem. Po spotkaniu ze zmartwychwstałym Panem w drodze do Damaszku z gorliwego faryzeusza staje się wiernym świadkiem Ewangelii; z prześladowcy staje się prześladowanym dla imienia Chrystusa… Z miłości do swoich braci, którzy chcą go zabić (por. Dz 23,14) dobrowolnie decyduje się przyjąć przekleństwo… Paweł zrobi wszystko, aby jego bracia-nieprzyjaciele mogli być zbawieni (Rz 9,3)… Modliłeś się kiedyś o czyjeś nawrócenie w taki sposób? Np. „Panie, oddaję miłość i pokój, które mam w sercu od Ciebie dla tej osoby, która mnie prześladuje… zgadzam się na wszystkie przekleństwa i upokorzenia z względu na zbawienie tego człowieka”… Gdy słucham narzekań ludzi, że Bóg nie wysłuchuje ich modlitwy o nawrócenie męża alkoholika, córki narkomanki, o zgodę w rodzinie, o powrót do zdrowia… zastanawiam się, czy Bóg jest „głuchy”, czy lubi patrzeć na ludzkie cierpienie… a może źle się modlimy? Może brakuje w tej modlitwie „wstawiennictwa”… by przekleństwo wziąć na siebie, a drugiemu wypraszać błogosławieństwo i zbawienie? Wierzę, że to jest jeden z sekretów skutecznej ewangelizacji św. Pawła… najpierw mistyk, a potem prorok: „Wolałbym bowiem sam być pod klątwą odłączony (gr. anatema) od Chrystusa dla zbawienia braci” (Rz 9,3)
3) Szkoła św. Piotra: patrzeć na Jezusa i chodzić po śmierci (Mt 14,22-33)
Kiedy Izraelici pod wodzą Mojżesza wychodzili z Egiptu w pewnym momencie znaleźli się w sytuacji bez wyjścia. Spotkali się oko w oko ze śmiercią. Za plecami oddziały faraona, a przed nimi Morze Czerwone… Bóg uczynił cud i wody się rozstąpiły… Naród wybrany przeszedł po suchym dnie morza… Jezus oszczekuje od uczniów czegoś więcej: wiary silniejszej niż burze, huragany, pioruny, cierpienie i śmierć. Jego krzyż jest nową laską Mojżesza… Ucisza burze i sprawia, że łódź Kościoła bezpiecznie dobije do drugiego brzegu, gdzie nas oczekuje miłosierny Ojciec… ale najpierw trzeba rozpoznać, że ten, który idzie po wodzie w największą burzę nie jest żadną zjawą czy upiorem z przeszłości, ale Panem i Zbawicielem… Zastanawiam się, co było większym szokiem dla Piotra, chodzenie po wodzie czy tonięcie… Ciekawe, co myślał wtedy Judasz, gdy patrzył jak doświadczony rybak topi się w wodzie… Nie wiem, czy jeszcze kiedyś Piotr odważył się chodzić po wodzie, ale tonął przynajmniej trzy razy (zaparcie się Jezusa)… Ile razy trzeba się topić, aby nauczyć się pływać?… Ilekroć wychodzisz z łodzi Kościoła i tracisz z oczu Jezusa, oddalasz się od wspólnoty i zaczynasz tonąć… Nie jest to największy problem… zawsze możesz zawołać za Piotrem: S.O.S, „Panie ratuj!”… Judasz wcześniej nie tonął… gdy zaczął tonąć, nabrał wody w usta i poszedł na dno… wystarczyłoby jedno S.O.S…

2 sie 2008

Tajemnica plonu tysiąckrotnego (Mt 14,13-21)

Ziarno posiane na żyznej glebie rodzi plon stokrotny (Łk 8,8)… ale to jeszcze za mało… Bóg oczekuje na plon tysiąckrotny. Chleb zrodzony z ludzkiej pracy, ofiarowany Jezusowi, pobłogosławiony przez Jego dłonie, połamany i rozdany wydaje plon tysiąckrotny. Potrzebni są tylko ludzie, którzy zainwestują wszystko co mają (swoje pięć chlebów i 2 ryby), aby pomóc Jezusowi rozdawać miłość i zbawiać świat…
Odkąd czytam Ewangelię zawsze zachwyca mnie w postawie Chrystusa jego całkowite posłuszeństwo Ojcu i „nieposłuszeństwo” wobec łatwych rozwiązań proponowanych przez ludzi (zob. Mt 16,23; Mk 15,30; J 18,11)… Tę logikę chrystusową pięknie widać na przykładzie sceny rozmnożenia chlebów.
Apostołowie są zmęczeni po całym dniu towarzyszenia Jezusowi. Niektórzy opłakują swojego pierwszego mistrza Jana Chrzciciela, inni mają już dosyć cisnących się ludzi, wysłuchiwania ich problemów i narzekań, przyglądania się ich chorobom… Wszyscy są utrudzeni, głodni i chcą odpocząć. Myślą o dobrej kolacji ze swoim Przyjacielem, przy zachodzącym słońcu, daleko od hałaśliwego miasta. Pięć chlebów i dwie ryby powinny im wystarczyć. Trzeba tylko pozbyć się zgromadzonych ludzi. Podejmują jednogłośną decyzję: „Panie, odpraw te tłumy. Nadchodzi noc, dookoła pustynia. Niech idą do wsi i kupią sobie coś do jedzenia”. – „tak długo jestem z wami, a dalej nic nie rozumiecie? Jeżeli ludzie są ze mną, nie potrzebują nic kupować. Wy dajcie im jeść”…
Cudowne rozmnożenie chleba to nie tylko zapowiedź Eucharystii. To prawdziwa agapa, uczta miłości. Jezus pragnie nakarmić każdego człowieka. Apostołowie bardzo dobrze zapamiętali tę lekcję. W pierwotnym Kościele Eucharystia kończyła się wspólną agapą. Nikt nie wracał do domu głodny i smutny…
Jeżeli jako uczeń Jezusa uważasz, że zrobiłeś wszystko, co w «twojej mocy»; zrobiłeś tylko połowę… Jezus zaprasza ciebie i mnie, abyśmy czynili również to, co jest w «naszej niemocy», a co jest w mocy Boga. Wierzysz, że jeden chleb – Ciało Jezusa – którym karmisz się w Eucharystii może nakarmić tysiąc osób? Może po skończonej liturgii zamiast zamknąć się w swoim domu warto zacząć celebrować agapę, dzielić się Jezusem z innymi?